Rząd przymyka oko na przemoc wobec kobiet?

Rocznie około miliona kobiet w Polsce pada ofiarą przemocy, a 500 z nich – w wyniku przemocy domowej – ginie. Tymczasem rządzący, zamiast zrobić wszystko, by temu zapobiegać, chcą wycofać się z międzynarodowej konwencji, która daje narzędzia do skutecznej walki z tym procederem.

Konwencja Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej z 2011 roku to bardzo ważny dokument. Stwarza prawne ramy dla przeciwdziałania wszelkim formom przemocy w stosunku do kobiet, zapewnia także specjalny mechanizm monitoringu, by zadbać o efektywne wdrożenie jej przepisów przez strony, które ratyfikowały umowę.

Polska podpisała konwencję w 2012 roku, ale proces ratyfikacji trwał aż do lutego 2015 roku, gdy Sejm ostatecznie ją przyjął, a prezydent Bronisław Komorowski złożył podpis pod dokumentem. Prawo antyprzemocowe – w teorii – zaczęło obowiązywać w naszym kraju w sierpniu 2015 roku.

Informację o tym, że obecna władza chce tę konwencję wypowiedzieć, przyjęłam z niedowierzaniem. Jeśli rzeczywiście doszłoby do tego, będzie to skandaliczna decyzja. Bo jak inaczej nazwać wypowiedzenie umowy, która daje narzędzia do walki z przemocą ekonomiczną, fizyczną czy seksualną wobec kobiet?! Która realnie może zmienić sytuację ofiar przemocy?!


Walka z przemocą to obowiązek państwa

Owszem, narzędzia konwencji w Polsce nie działają, a jej przepisy są martwe. Winna jest tu opieszałość rządzących, którzy nie kwapią się w wcieleniem zapisów tej umowy w życie, podobnie jak nie dbają choćby o seniorów. Ale to na pewno nie powód, by konwencję wypowiadać. Wręcz przeciwnie, trzeba zrobić wszystko, by nasze państwo zaczęło kompleksowo walczyć z przemocą wobec kobiet.

Konwencja może w tym tylko pomóc, bo nakłada na sygnatariuszy obowiązek utworzenia odpowiedniej liczby schronisk, ośrodków wsparcia i całodobowej infolinii. Państwa muszą też wdrożyć stosowne procedury przesłuchań policyjnych i zbierać dane na temat przestępstw z uwzględnieniem płci. Strony konwencji są też zobowiązane do działań profilaktycznych, zachęcających społeczeństwo do aktywnego udziału w zapobieganiu wszelkim formom przemocy.

Warto zauważyć, że choć konwencja uznaje, że kobiety i dziewczęta są narażone na przemoc ze względu na płeć w większym stopniu niż mężczyźni i chłopcy, to ma być zastosowana do wszystkich ofiar przemocy domowej, niezależnie od płci.

Obecnej władzy konwencja się nie podoba, bo dokument wskazuje na stereotypowe podejście do ról płci, religię i tradycję jako niektóre ze źródeł przemocy. Ale chociaż tak naprawdę te zapisy odnoszą się przede wszystkim do ochrony kobiet przed rytualnymi zabójstwami czy okaleczaniem genitaliów, czyli praktyk na pewno nie katolickich, z obozu rządzącego słychać głosy, że to zamach na chrześcijaństwo. To absurd.

Rządzący widzą w konwencji także zagrożenie dla tradycyjnej rodziny, promowanie feminizmu, homoseksualizmu i transseksualizmu. Kolejny absurd, bo przecież konwencja nie ma na celu walki z polską tożsamością, tylko budowę kompletnego systemu pomocy ofiarom przemocy i zapobiegania aktom przemocy.


Rząd nie rozumie współczesnych rodzin

Przymiarki do wypowiedzenia tej konwencji to nie pierwsze zachowania, świadczące o tym, że rząd zupełnie nie rozumie tego, jak funkcjonują współczesne związki i dyskryminuje kobiety.
Weźmy choćby niedawną próbną maturę, gdzie niektóre pytania sugerowały, że w tradycyjnym modelu rodziny ojcowie nie zajmują się dziećmi. Spójrzmy też na ustawę o polskich rodzinach, narzucającą ideologię katolicką postawom rodzicielskim. Czyżby partia rządząca zapomniała, że w Polsce nie żyją sami katolicy?!

Jej działania sukcesywnie cofają nas do czasów, gdy obowiązywał jedynie słuszny, patriarchalny model rodziny, piętnowano homoseksualistów, a kobiety nie miały pełni praw. Nie ma to zgody – współczesne żony i matki chcą móc godzić obowiązki rodzinne z karierą zawodową.

Jedno jest pewne. Jeśli rząd wypowie konwencję o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, kobiety nie przejdą obok tego obojętnie. Podobnie jak nie przeszły obojętnie obok prób zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej.
Znów wyjdziemy na ulice, by pokazać rządzącym, co myślimy o ich decyzjach.

Wciąż mam jednak nadzieję, że to tylko plotki.
Dlatego złożyliśmy interpelację w tej sprawie do premier Beaty Szydło, by rozwiać. Czekamy na odpowiedź i liczę, że te pogłoski nie okażą się prawdą.
Trwa ładowanie komentarzy...